WYDANIE 02 · SIERPIEŃ 2026

Zmarnowany potencjał

Rhaenyra mogłaby być nawet drugim wcieleniem Jaehaerysa Pojednawcy [uchodzącego za najlepszego władcę, jakiego miało Siedem Królestw - przyp. red.], a i tak nie miałoby to znaczenia. Bo jest kobietą.

- Otto Hightower

FOTOSY Z SERIALU „RÓD SMOKA”/HBO MAX

FOTOSY Z SERIALU „RÓD SMOKA”/HBO MAX

FOTOSY Z SERIALU „RÓD SMOKA”/HBO MAX

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każdy wytwór kultury musi nieść ze sobą jakąś większą wartość, niektóre mogą być tylko czystą rozrywką. "Ród smoka" jest jednak przypadkiem celowego oraz świadomego zmodyfikowania pierwotnego przekazu, a za to już należy się krytyka. W czasach, gdy największe franczyzy coraz odważniej punktują poczynania polityków i inspirują widzów; Disney robi to w "X-Men '97" i "Andorze", Suzanne Collins w nowych "Igrzyskach śmierci", a Warner Bros. Discovery w "Supermanie"; HBO boleśnie przegapiło swoją szansę tylko dlatego, że twórca "Rodu smoka" uznał, że jeśli główne bohaterki nie będą "ofiarami idealnymi", to nikt nie będzie im współczuł.

Żyjemy w trudnych czasach, w których coraz głośniej wybrzmiewają poglądy kobiet pokroju Savanny Faith Stone, 20-letniej influencerki ze Stanów Zjednoczonych, propagującej ruch "jedno gospodarstwo domowe, jeden głos". Wiem, że trudno to pojąć, ale po tym świecie naprawdę chodzi wiele kobiet, które gotowe są zrzec się praw wyborczych po to tylko, by dopiec innym kobietom ("lewaczkom"), a wszystko to w przekonaniu, że ich mężczyzna "będzie je dobrze reprezentował". I może zabrzmię teraz naiwnie, ale wierzę w moc popkultury i żywię przekonanie, że poznanie historii książkowej Alicent Hightower mogłoby otworzyć im oczy. Historii kobiety, która choć latami planowała posadzenie syna na tronie, w żaden sposób go do rządów nie przygotowała. Dlaczego? Bo zakładała, że Aegon będzie wyłącznie jej reprezentantem, figurą na szachownicy przemawiającą jej głosem. A przecież głupim i niekompetentnym człowiekiem łatwiej się steruje. Tymczasem, gdy Alicent wreszcie dopięła swego, spotkało ją bolesne zderzenie z rzeczywistością - straciła prawo głosu, bo żaden mężczyzna nie chciał słuchać rad kobiety. I rozpętało się piekło. Ceną za to było życie tysięcy niewinnych ludzi (i jej własnej rodziny), a w szerszej perspektywie również ugruntowanie beznadziejnej sytuacji kobiet w Westeros. Bo choć sama Rhaenyra sytuacji tej poprawiać nie zamierzała, jej rządy mogły otworzyć furtkę do dalszych zmian. Niestety poczynania Alicent furtkę tę skutecznie zaryglowały.

Alicent była kobietą, która odmówiła zaakceptowania statusu ofiary i sama zmieniła się w oprawcę. Wychodząc z założenia, że nie zdoła zmienić szkodliwego systemu, postanowiła stać się jego częścią, by wyszarpać dla siebie możliwie jak największy kawałek tortu. Po czym się nim udławiła, a co gorsza - pociągnęła za sobą kolejne pokolenia kobiet.

Przejdźmy teraz do Alicent, bo tę postać Ryan zrujnował równie mocno, co jej przeciwniczkę. Książkowa Alicent była wyrachowaną, okrutną kobietą, a także przede wszystkim - mózgiem operacji stronnictwa Zielonych. To ona knuła za plecami Viserysa, by posadzić swego syna na tronie. Życzyła też śmierci Rhaenyrze, latami oczerniała ją w oczach królestwa, a jej synów traktowała jak podludzi. Wiem, że wielu czytelników postrzega ją jako stereotypową złą macochę, ja jednak dostrzegam tu odbicie skrajnie konserwatywnych kobiet - i ostrzeżenie.

Niestety, showrunnerowi umknęła przy tym prosta prawda płynąca z "Ognia i krwi" - fakt, że Rhaenyra nie była wojującą feministką walczącą z patriarchatem (bo bynajmniej nie zamierzała poprawiać sytuacji życiowej kobiet, a siebie traktowała jako wyjątek od reguły) wcale nie oznacza, że nie była jego ofiarą. George pomyślał ją po prostu jako ofiarę nieidealną, a to pojęcie, jak widać, nie mieści się w sposobie, w jaki świat postrzega Ryan Condal.

Nie mam wątpliwości, że Ryan Condal miał dobre intencje i gdy po ukończeniu scenariuszy "Rodu smoka", spojrzał na swą wesołą twórczość, uśmiechnął się na myśl, że taki dobry z niego feminista. Sęk w tym, że gdy spojrzymy na tę fabułę z perspektywy książki, podejście showrunnera nabiera zupełnie innego, bardziej niepokojącego wymiaru. Na kartach powieści George'a R. R. Martina konflikt Alicent i Rhaenyry ma bowiem silnie feministyczny wydźwięk, lecz w znaczniej mniej ordynarny i oczywisty sposób.

Książkowa Rhaenyra nigdy nie była przyjaciółką Alicent, gdyż dzieliła je zbyt duża różnica wieku, a źródłem wszelkich niesnasek była chora ambicja królowej, która za cel postawiła sobie posadzenie syna na tronie. Rhaenyra, którą napisał George, nie była też zapłakaną pacyfistką, a rozpuszczoną do granic możliwości księżniczką, która uważała się za lepszą od wszystkich wokół tylko dlatego, że była... Rhaenyrą Targaryen. Nie przyświecała jej też żadna święta misja (wizja Aegona Zdobywcy to wymysł Ryana), a po śmierci pierwszego z synów gotowa była spalić całe królestwo, byle tylko rządzić popiołami. Bo tatuś obiecał jej, że będzie królową, więc ma nią być i koniec kropka. I wiecie co? Był to wystarczający argument. Dlaczego bowiem miałaby rezygnować z własnego dziedzictwa na rzecz młodszego brata, wyłącznie dlatego, że jest on mężczyzną?

Książkowa Rhaenyra jest antypatyczna i irytująca, ale taka właśnie ma być. Bo gdyby odrzeć ją ze wszelkich przywar (a tych posiada wiele) i wykreować na chodzący ideał, efekt wciąż byłby ten sam - Aegon i tak skończyłby na Żelaznym Tronie. Ryan Condal to rozumiał, o czym świadczy cytat Otto Hightowera z trzeciego odcinka pierwszego sezonu:

Książkowa Alicent Hightower to bohaterka, jakiej wiele dzisiejszych kobiet potrzebuje

Ofiara nieidealna to wciąż ofiara

Za co tak naprawdę krytykujemy "Ród smoka"?

Na przestrzeni tych czterech lat od debiutu ekranowej opowieści o wojnie zwanej Tańcem Smoków, miłośnicy pióra George'a R. R. Martina zdążyli zapracować na opinię czepliwych, snobistycznych i wiecznie narzekających purystów, gotowych spalić twórcę serialu na stosie za każde, choćby najdrobniejsze odstępstwo od książki. I o ile w wielu przypadkach jest to prawdą, bo kultura fandomów już dawno przesiąknęła toksyną i wymknęła się spod kontroli, w całym tym gąszczu pyskówek giną głosy, za którymi idą solidne argumenty - nie chodzi o to, że serial nie trzyma się książki, ale JAK i DLACZEGO to robi.

Cofnijmy się do samego początku tej historii. Alicent i Rhaenyrę poznajemy, gdy obie dziewczęta mają 15 lat i przyjaźnią się od dziecka. Pierwsza, zahukana i zmanipulowana przez ojca, zostaje sprzedana królowi niczym klacz rozpłodowa, co daje początek istnej gehennie. Alicent zazdrości - teraz już byłej - przyjaciółce jej wolności, frywolności i braku poszanowania zasad. Niemniej wciąż darzy księżniczkę uczuciem i wzdryga się na samą myśl o wyrządzeniu jej realnej krzywdy. Gdy słyszy o planach uzurpacji tronu na rzecz własnego syna, jest święcie oburzona, a wojna wybucha w wyniku głupiego nieporozumienia. Alicent chciała dobrze, a wyszło jak wyszło. Rhaenyra zaś jawi się w naszych oczach jako naczelna pacyfistka, której można zamordować syna, a ona i tak wyciągnie rękę na zgodę. Do tego przyświeca jej święty i słuszny cel - zjednoczenie królestwa w obliczu nadciągającego mroku z Północy. Okradziona z własnego dziedzictwa królowa płacze, zawodzi i miota się - robi wszystko, byśmy choć na chwilę nie zapomnieli, kto jest tu poszkodowany i krystaliczny, a kto podstępny i zły. Przesłanie płynące z "Rodu smoka" można podsumować krótkim: "patriarchat taki zły, mężczyźni tacy okrutni, kobiety takie uciśnione". Alicent i Rhaenyra to biedne, zapłakane łanie otoczone przez stado wilków, które pozbawione są jakiejkolwiek sprawczości - i istotnych wad. A przynajmniej takich, które nie byłyby bezpośrednią konsekwencją krzywd, jakich doznały ze strony otaczających je mężczyzn.

Nie będzie to jednak tekst krytykujący Ryana Condala za każde odstępstwo od literackiego pierwowzoru, daleko mi bowiem do książkowej purystki i wychodzę z założenia, że pewne modyfikacje są nie tyle wskazane, co konieczne i pożądane. Zamiast tego pochylę się nad tym, dlaczego konkretne zmiany w "Rodzie smoka" świadczą o (prawdopodobnie) nieuświadomionej mizoginii jego twórcy.

Trzeci sezon "Rodu smoka" jest bardzo dobry. Chcę, byśmy ustalili to na samym wstępie, byście nie nabrali niesłusznego przekonania, że w mojej definicji "niezgodny z książką" z gruntu oznacza "zły". To już nie jest opowieść, która zrodziła się w głowie George'a R. R. Martina; co przyznał zresztą sam autor, kompletnie odcinając się od serialu HBO; ale wciąż ma nam wiele dobrego do zaoferowania. Więcej - niektóre elementy, wątki czy przede wszystkim postacie (jak Viserys, Aemond, czy Ormund i Gwayne Hightowerowie) wyszły Ryanowi znacznie lepiej niż George'owi. I o ile dostrzegam oraz doceniam fakt, że twórca "Rodu smoka" wysłuchał słów krytyki i większość z nich ewidentnie wziął sobie do serca, pewnych błędów poczynionych już w pierwszym sezonie nie da się naprawić, ani wybaczyć. Są to bowiem błędy, które opowieść z ważnym przekazem spłyciły do zwykłej i bezpiecznej rozrywki, która do tego obraża inteligencję widzów.

Offline: This content can only be displayed when online.

Premiera 22 czerwca 2026 roku · DRAMAT · 8 odcinków

RECENZJA SERIALU

Serial oryginalny · Miguel Sapochnik, Greg Yaitanes oraz Clare Kilner

"Ród smoka" to bełkot mizogina, któremu wydaje się, że jest feministą

W teorii "Ród smoka" stanowi adaptację powieści "Ogień i krew" autorstwa George'a R. R. Martina, w rzeczywistości zaś bliżej mu do fanfiction. Adaptacja nie jest wprawdzie ekranizacją i z definicji zakłada nawet daleko idące zmiany w fabule, niemniej wciąż posiada jakieś granice - a te, w opinii zarówno mojej, jak i lwiej części fandomu "Pieśni Lodu i Ognia", twórca serialu już dawno przekroczył.

Natalia Nowecka

03.08.2026

Pracowali:
Nad ESKA STORY

REDAKCJA

© 2026 ESKA STORY

ESKA STORY · CYFROWY MAGAZYN ESKA.pl

Karol Gruszka, Karina Mozolewska, Piotr Dąbrowski, Paweł Wypych, Dominika Łapińska, Krzysztof Dąbrowski, Tomasz Pietrzyk, Mateusz Reska, Alicja Nochowicz, Maksymilian Kluziewicz, Adrian Rybak, Aleksandra Pajewska - Klucznik, Karolina Piątkowska, Natalia Nowecka, Joanna Konieczna - Krzyżaniak, Julita Buczek.

WYDANIE 02 · SIERPIEŃ 2026

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każdy wytwór kultury musi nieść ze sobą jakąś większą wartość, niektóre mogą być tylko czystą rozrywką. "Ród smoka" jest jednak przypadkiem celowego oraz świadomego zmodyfikowania pierwotnego przekazu, a za to już należy się krytyka. W czasach, gdy największe franczyzy coraz odważniej punktują poczynania polityków i inspirują widzów; Disney robi to w "X-Men '97" i "Andorze", Suzanne Collins w nowych "Igrzyskach śmierci", a Warner Bros. Discovery w "Supermanie"; HBO boleśnie przegapiło swoją szansę tylko dlatego, że twórca "Rodu smoka" uznał, że jeśli główne bohaterki nie będą "ofiarami idealnymi", to nikt nie będzie im współczuł.

Zmarnowany potencjał

Żyjemy w trudnych czasach, w których coraz głośniej wybrzmiewają poglądy kobiet pokroju Savanny Faith Stone, 20-letniej influencerki ze Stanów Zjednoczonych, propagującej ruch "jedno gospodarstwo domowe, jeden głos". Wiem, że trudno to pojąć, ale po tym świecie naprawdę chodzi wiele kobiet, które gotowe są zrzec się praw wyborczych po to tylko, by dopiec innym kobietom ("lewaczkom"), a wszystko to w przekonaniu, że ich mężczyzna "będzie je dobrze reprezentował". I może zabrzmię teraz naiwnie, ale wierzę w moc popkultury i żywię przekonanie, że poznanie historii książkowej Alicent Hightower mogłoby otworzyć im oczy. Historii kobiety, która choć latami planowała posadzenie syna na tronie, w żaden sposób go do rządów nie przygotowała. Dlaczego? Bo zakładała, że Aegon będzie wyłącznie jej reprezentantem, figurą na szachownicy przemawiającą jej głosem. A przecież głupim i niekompetentnym człowiekiem łatwiej się steruje. Tymczasem, gdy Alicent wreszcie dopięła swego, spotkało ją bolesne zderzenie z rzeczywistością - straciła prawo głosu, bo żaden mężczyzna nie chciał słuchać rad kobiety. I rozpętało się piekło. Ceną za to było życie tysięcy niewinnych ludzi (i jej własnej rodziny), a w szerszej perspektywie również ugruntowanie beznadziejnej sytuacji kobiet w Westeros. Bo choć sama Rhaenyra sytuacji tej poprawiać nie zamierzała, jej rządy mogły otworzyć furtkę do dalszych zmian. Niestety poczynania Alicent furtkę tę skutecznie zaryglowały.

Alicent była kobietą, która odmówiła zaakceptowania statusu ofiary i sama zmieniła się w oprawcę. Wychodząc z założenia, że nie zdoła zmienić szkodliwego systemu, postanowiła stać się jego częścią, by wyszarpać dla siebie możliwie jak największy kawałek tortu. Po czym się nim udławiła, a co gorsza - pociągnęła za sobą kolejne pokolenia kobiet.

FOTOSY Z SERIALU „RÓD SMOKA”/HBO MAX

Przejdźmy teraz do Alicent, bo tę postać Ryan zrujnował równie mocno, co jej przeciwniczkę. Książkowa Alicent była wyrachowaną, okrutną kobietą, a także przede wszystkim - mózgiem operacji stronnictwa Zielonych. To ona knuła za plecami Viserysa, by posadzić swego syna na tronie. Życzyła też śmierci Rhaenyrze, latami oczerniała ją w oczach królestwa, a jej synów traktowała jak podludzi. Wiem, że wielu czytelników postrzega ją jako stereotypową złą macochę, ja jednak dostrzegam tu odbicie skrajnie konserwatywnych kobiet - i ostrzeżenie.

Książkowa Alicent Hightower to bohaterka, jakiej wiele dzisiejszych kobiet potrzebuje

Niestety, showrunnerowi umknęła przy tym prosta prawda płynąca z "Ognia i krwi" - fakt, że Rhaenyra nie była wojującą feministką walczącą z patriarchatem (bo bynajmniej nie zamierzała poprawiać sytuacji życiowej kobiet, a siebie traktowała jako wyjątek od reguły) wcale nie oznacza, że nie była jego ofiarą. George pomyślał ją po prostu jako ofiarę nieidealną, a to pojęcie, jak widać, nie mieści się w sposobie, w jaki świat postrzega Ryan Condal.

Rhaenyra mogłaby być nawet drugim wcieleniem Jaehaerysa Pojednawcy [uchodzącego za najlepszego władcę, jakiego miało Siedem Królestw - przyp. red.], a i tak nie miałoby to znaczenia. Bo jest kobietą.

- Otto Hightower

Nie mam wątpliwości, że Ryan Condal miał dobre intencje i gdy po ukończeniu scenariuszy "Rodu smoka", spojrzał na swą wesołą twórczość, uśmiechnął się na myśl, że taki dobry z niego feminista. Sęk w tym, że gdy spojrzymy na tę fabułę z perspektywy książki, podejście showrunnera nabiera zupełnie innego, bardziej niepokojącego wymiaru. Na kartach powieści George'a R. R. Martina konflikt Alicent i Rhaenyry ma bowiem silnie feministyczny wydźwięk, lecz w znaczniej mniej ordynarny i oczywisty sposób.

Książkowa Rhaenyra nigdy nie była przyjaciółką Alicent, gdyż dzieliła je zbyt duża różnica wieku, a źródłem wszelkich niesnasek była chora ambicja królowej, która za cel postawiła sobie posadzenie syna na tronie. Rhaenyra, którą napisał George, nie była też zapłakaną pacyfistką, a rozpuszczoną do granic możliwości księżniczką, która uważała się za lepszą od wszystkich wokół tylko dlatego, że była... Rhaenyrą Targaryen. Nie przyświecała jej też żadna święta misja (wizja Aegona Zdobywcy to wymysł Ryana), a po śmierci pierwszego z synów gotowa była spalić całe królestwo, byle tylko rządzić popiołami. Bo tatuś obiecał jej, że będzie królową, więc ma nią być i koniec kropka. I wiecie co? Był to wystarczający argument. Dlaczego bowiem miałaby rezygnować z własnego dziedzictwa na rzecz młodszego brata, wyłącznie dlatego, że jest on mężczyzną?

Książkowa Rhaenyra jest antypatyczna i irytująca, ale taka właśnie ma być. Bo gdyby odrzeć ją ze wszelkich przywar (a tych posiada wiele) i wykreować na chodzący ideał, efekt wciąż byłby ten sam - Aegon i tak skończyłby na Żelaznym Tronie. Ryan Condal to rozumiał, o czym świadczy cytat Otto Hightowera z trzeciego odcinka pierwszego sezonu:

Ofiara nieidealna to wciąż ofiara

Za co tak naprawdę krytykujemy "Ród smoka"?

FOTOSY Z SERIALU „RÓD SMOKA”/HBO MAX

Na przestrzeni tych czterech lat od debiutu ekranowej opowieści o wojnie zwanej Tańcem Smoków, miłośnicy pióra George'a R. R. Martina zdążyli zapracować na opinię czepliwych, snobistycznych i wiecznie narzekających purystów, gotowych spalić twórcę serialu na stosie za każde, choćby najdrobniejsze odstępstwo od książki. I o ile w wielu przypadkach jest to prawdą, bo kultura fandomów już dawno przesiąknęła toksyną i wymknęła się spod kontroli, w całym tym gąszczu pyskówek giną głosy, za którymi idą solidne argumenty - nie chodzi o to, że serial nie trzyma się książki, ale JAK i DLACZEGO to robi.

Cofnijmy się do samego początku tej historii. Alicent i Rhaenyrę poznajemy, gdy obie dziewczęta mają 15 lat i przyjaźnią się od dziecka. Pierwsza, zahukana i zmanipulowana przez ojca, zostaje sprzedana królowi niczym klacz rozpłodowa, co daje początek istnej gehennie. Alicent zazdrości - teraz już byłej - przyjaciółce jej wolności, frywolności i braku poszanowania zasad. Niemniej wciąż darzy księżniczkę uczuciem i wzdryga się na samą myśl o wyrządzeniu jej realnej krzywdy. Gdy słyszy o planach uzurpacji tronu na rzecz własnego syna, jest święcie oburzona, a wojna wybucha w wyniku głupiego nieporozumienia. Alicent chciała dobrze, a wyszło jak wyszło. Rhaenyra zaś jawi się w naszych oczach jako naczelna pacyfistka, której można zamordować syna, a ona i tak wyciągnie rękę na zgodę. Do tego przyświeca jej święty i słuszny cel - zjednoczenie królestwa w obliczu nadciągającego mroku z Północy. Okradziona z własnego dziedzictwa królowa płacze, zawodzi i miota się - robi wszystko, byśmy choć na chwilę nie zapomnieli, kto jest tu poszkodowany i krystaliczny, a kto podstępny i zły. Przesłanie płynące z "Rodu smoka" można podsumować krótkim: "patriarchat taki zły, mężczyźni tacy okrutni, kobiety takie uciśnione". Alicent i Rhaenyra to biedne, zapłakane łanie otoczone przez stado wilków, które pozbawione są jakiejkolwiek sprawczości - i istotnych wad. A przynajmniej takich, które nie byłyby bezpośrednią konsekwencją krzywd, jakich doznały ze strony otaczających je mężczyzn.

FOTOSY Z SERIALU „RÓD SMOKA”/HBO MAX

Nie będzie to jednak tekst krytykujący Ryana Condala za każde odstępstwo od literackiego pierwowzoru, daleko mi bowiem do książkowej purystki i wychodzę z założenia, że pewne modyfikacje są nie tyle wskazane, co konieczne i pożądane. Zamiast tego pochylę się nad tym, dlaczego konkretne zmiany w "Rodzie smoka" świadczą o (prawdopodobnie) nieuświadomionej mizoginii jego twórcy.

Trzeci sezon "Rodu smoka" jest bardzo dobry. Chcę, byśmy ustalili to na samym wstępie, byście nie nabrali niesłusznego przekonania, że w mojej definicji "niezgodny z książką" z gruntu oznacza "zły". To już nie jest opowieść, która zrodziła się w głowie George'a R. R. Martina; co przyznał zresztą sam autor, kompletnie odcinając się od serialu HBO; ale wciąż ma nam wiele dobrego do zaoferowania. Więcej - niektóre elementy, wątki czy przede wszystkim postacie (jak Viserys, Aemond, czy Ormund i Gwayne Hightowerowie) wyszły Ryanowi znacznie lepiej niż George'owi. I o ile dostrzegam oraz doceniam fakt, że twórca "Rodu smoka" wysłuchał słów krytyki i większość z nich ewidentnie wziął sobie do serca, pewnych błędów poczynionych już w pierwszym sezonie nie da się naprawić, ani wybaczyć. Są to bowiem błędy, które opowieść z ważnym przekazem spłyciły do zwykłej i bezpiecznej rozrywki, która do tego obraża inteligencję widzów.

Offline: This content can only be displayed when online.

Premiera 22 czerwca 2026 roku · DRAMAT · 8 odcinków

RECENZJA SERIALU

Serial oryginalny · Miguel Sapochnik, Greg Yaitanes oraz Clare Kilner

"Ród smoka" to bełkot mizogina, któremu wydaje się, że jest feministą

W teorii "Ród smoka" stanowi adaptację powieści "Ogień i krew" autorstwa George'a R. R. Martina, w rzeczywistości zaś bliżej mu do fanfiction. Adaptacja nie jest wprawdzie ekranizacją i z definicji zakłada nawet daleko idące zmiany w fabule, niemniej wciąż posiada jakieś granice - a te, w opinii zarówno mojej, jak i lwiej części fandomu "Pieśni Lodu i Ognia", twórca serialu już dawno przekroczył.

Natalia Nowecka

03.08.2026

© 2026 ESKA STORY

ESKA STORY · CYFROWY MAGAZYN ESKA.pl

REDAKCJA

Nad ESKA STORY
Pracowali:

Karol Gruszka, Karina Mozolewska, Piotr Dąbrowski, Paweł Wypych, Dominika Łapińska, Krzysztof Dąbrowski, Tomasz Pietrzyk, Mateusz Reska, Alicja Nochowicz, Maksymilian Kluziewicz, Adrian Rybak, Aleksandra Pajewska - Klucznik, Karolina Piątkowska, Natalia Nowecka, Joanna Konieczna - Krzyżaniak, Julita Buczek.